Projekt: Mity


Od jakiegoś czasu chodził za mną pomysł, żeby na nowo przeczytać i zebrać w jednym miejscu najważniejsze europejskie mity. 

Wybierając się do pierwszego lepszego muzeum, sięgając po jakikolwiek tomik poezji czy idąc do opery, znajdziemy setki tysięcy wariacji na temat mitów i opowieści naszej kultury. 

Nie znając ich treści, trudno będzie nam cokolwiek zrozumieć z malarstwa Tycjana czy Caravaggia, z dzieł Monteverdiego czy Vivaldiego, z twórczości Herberta czy Elliotta.


Mity to podstawowe jednostki sensu

Bez ich znajomości trudno wyobrazić sobie, jak można zrozumieć własną kulturę, a bez rozumienia swojej kultury, trudno też zrozumieć samego siebie.

Są bramą, która daje nam nagły i głęboki wgląd w istotę, bez konieczności precyzyjnej, matematycznej analizy, a często jedno i drugie nie wykluczają się wzajemnie. Przeciwnie, bywa, że sam mit staje się podstawą jakiejś teorii naukowej czy paranaukowej. 

Freud użył mitów o Edypie czy Narcyzie do wyjaśnienia skomplikowanych konfliktów psychicznych, które mogą dręczyć jednostkę.

Dla Carla Gustava Junga w pewnym momencie wydało się jasne, że przedstawienia mityczne - w poezji, malarstwie, muzyce - są tylko reprezentacjami czegoś głębszego - wzorców przeżywania, reagowania i nadawania sensu, zapisanych w zbiorowej nieświadomości. Tak powstała jego teoria archetypów. 

Kino erotyczne - to dziedzina Erosa, afrodyzjaki - Afrodyty, choroby weneryczne - to domena Wenery, nimfomania - seksualnie rozbudzonych Nimf.

Styks, Hades, Acheront - to nazwy zakładów pogrzebowych.


Mity to cząstki organizujące opowieść

Kiedy mówimy o jakimś zajęciu, że jest syzyfową pracą, od razu wiemy o co chodzi. Tak samo z panicznym strachem, tytanicznym wysiłkiem, Odyseuszową tułaczką, wiernością Penelopy, syrenim śpiewem, biblijnym potopem, wieżą Babel, ziemią obiecaną, hiobową wieścią, judaszowymi srebrnikami niewiernością Tomasza, czy - zbliżając się do naszych czasów - scenami dantejskimi, benedyktyńską cierpliwością albo opowieścią o brzydkim kaczątku.

Poza tym, są to często pojechane, zryte, mrożące krew w żyłach historie. 

Wiele z nich trzeba by dzisiaj pewnie ocenzurować w imię politycznej poprawności.

Postaram się tutaj wybrać i opowiedzieć zwięźle kilka z nich - dla przypomnienia i własnej przyjemności.

A jeśli ktokolwiek, kto tutaj kiedyś zajrzy, będzie miał również z tego jakiś pożytek, to autor tych słów będzie miał z tego dużą radość. 


Sandro Botticelli, Narodziny Wenus (ok. 1485)



Gethsemani


Jesus Christ Superstar



Przez setki lat historia Jezusa była centralnym mitem kultury zachodniej. Wraz z oświeceniem zaczęło się to zmieniać od XVIII wieku, a przyspieszyło gwałtownie w połowie ubiegłego stulecia, wraz z rewolucją obyczajową i umasowieniem komunikacji. Dzisiaj Zachód jest rozdarty pomiędzy dwoma paradygmatami kulturowymi: religijnym i laickim, ta wojna – głównie za pośrednictwem środków komunikacji – rozgrywa się dość agresywnie. Czym jest mit – i jaką funkcję pełni on dla ludzkiej psychiki czy świadomości społecznej – nie będę pisał. Jeśli ktoś chciałby to zagadnienie zgłębić, napisano na ten temat wiele przenekliwych analiz i interpretacji, żeby wymienić choćby Junga, Eliadego czy Kołakowskiego.

I tak jak zasugerowano w zakończeniu Ewangelii św. Jana, Jezus dla jednych jest Bogiem, zbawicielem, mesjaszem, nauczycielem, duchowym przewodnikiem; dla innych szarlatanem, szaleńcem z urojeniami wielkościowymi, jeszcze dla innych – postacią bajkową, nieróżniącą się zasadniczo od latającego potwora spaghetti, zmyśloną dla potrzeb ustanowienia duchowej władzy nad tłumem, by nim skutecznie manipulować.

To, za kogo ludzie będą uważać Jezusa nie ma wielkiego znaczenia z perspektywy samej opowieści. A jest to opowieść potężna, żywa, sięgająca najwrażliwszych pokładów ludzkiej psychiki, bo obejmuje takie doświadczenia psychiczne jak odrzucenie, opuszczenie, zdrada, poświęcenie, cierpienie fizyczne, sąd, śmierć, nadzieja na lepsze jutro (nawet jeśli obietnica lepszego jutra przeniesiona jest poza granicę fizycznej śmierci) i wreszcie – przyjaźń i miłość.

Mamy setki różnych interpretacji historii Jezusa: katolicką, prawosławną, gnostyckie, protestanckie, wreszcie mnogość interpretacji laickich, wśród których jedna z moich ulubionych: muscial Andrew Lloyda Webbera z 1970 roku, z tekstem Toma Rice’a (tego samego, który napsiał również teksty piosenek do „Króla Lwa”, mojej ulubionej bajki Disneya).

Judasz



W historię zostajemy wprowadzeni przez Judasza, który przedstawia się jako prawa ręka Jezusa w zawiązanym przez nich kontrkulturowym ruchu przeciwko opresji władzy (dlatego w filmowej wersji z 1973 roku pierwsi chrześcijanie są ucharakteryzowani na hipisów).






W pierwszej piosence, „Heaven on their minds” („Niebo w ich głowach”) Judasz zarzuca Jezusowi, że ich plan wymknął się spod kontroli:

My mind is clearer now - at last all too well
I can see where we all soon will be
If you strip away the myth from the man
You will see where we all soon will be 


Już wszystko jasne jest
i wiesz, martwię się
dokąd twój cały plan zmierza dziś
jeśli w absurd ten będziesz chciał dalej brnąć
wszystko nam może się wymknąć z rąk. Jezu!

Kiedy Judasz zdaje sobie sprawę, że ruch zapoczątkowany przez Jezusa i jego followersów zyskał poparcie mas, głównie za sprawą dokonywanych przez niego cudów, przeraża się, że dojdzie do krwawego stłumienia spisku przez władze rzymskie, aby zapobiec rodzącej się wśród Żydów groźbie rewolucji. Ostrzega Jezusa, przemawia do jego rozsądku, żeby zawrócił z drogi i ustąpił, gdyż sprawy zaszły za daleko. Jezus postanowił grać rolę, w której obsadził go tłum: Mesjasza, zbawiciela, wyzwoliciela z ucisku – i sam zaczął wierzyć w to, za kogo uważa go tłum, mimo iż na początku tego nie planował. Jego celem miało być przebudzenie sumień, zmiana postępowania, nawrócenie, wejście na ścieżkę etyczną, tymczasem został uznany za Boga:

You really do believe this talk of God is true
And all the good you've done will soon get swept away
You've begun to matter more than the things you say 


Zacząłeś wierzyć w to, co inni mówią ci
naprawdę wierzysz w to że możesz Bogiem być
zaślepił cię ten tłum co tak uwielbia cię
a nasz niedawno wspólny cel przestał liczyć si
ę

Obawy Judasza  się wzmagają. Wspomina, że na początku nie było mowy o tym, że Jezus zostanie obwołany Bogiem. Próbuje go przekonać, że jeśli nie przerwie tego spektaklu, cała historia skończy się źle: zostanie zamordowany, a wraz z nim jego uczniowie i zwolennicy. 

I remember when this whole thing began
No talk of God then - we called you a man
And believe me - my admiration for you hasn't died
But every word you say today
Gets twisted round some other way
And they'll hurt you if they think you've lied


Na początku, musisz zgodzić się z tym
nie było mowy, że Bogiem chcesz być
jestem z tobą i możesz liczyć na mnie nadal lecz
czy wiesz że każde z twoich słów
wciąż przeinacza ten twój lud
gdy zawiedziesz mogą skrzywdzić cię

Dostajemy jednocześnie w tym samym tekście wskazówkę, że Judasz może być zazdrosny o sławę, która otacza Jezusa, że mimo iż był to ich wspólny plan, a sam Judasz został odsunięty na bok. To również historia o rywalizacji o pozycję lidera:

Listen Jesus I don't like what I see
All I ask is that you listen to me
And remember - I've been your right hand man all along
You have set them all on fire
They think they've found the new Messiah
And they'll hurt you when they find they're wrong


Słuchaj Jezus niepokoi mnie to
powiedz szczerze czy zmieniło się coś
nie chcesz słuchać i decydować chcesz nagle sam
czemu dajesz im nadzieję
że nowy mesjasz zszedł na ziemię
będą wściekli że nie jesteś nim

To, co się wydarzyło potem, możemy doczytać w Ewangelii wedgług świętego Łukasza:

Wtedy szatan wszedł w Judasza, zwanego Iskariotą, który był jednym z Dwunastu. Poszedł więc i umówił się z arcykapłanami i dowódcami straży, jak ma im Go wydać. Ucieszyli się i ułożyli się z nim, że dadzą mu pieniądze. On zgodził się i szukał sposobności, żeby im Go wydać bez wiedzy tłumu.

Cały musical Webbera jest oparty na Ewangeliach, jednak w luźny sposób interpretowanych. Mamy tutaj zatem piosenki-arie, opowiadające o gniewie Jezusa w świątyni (The Temple), trędowatych (Lepers), słynną piosenkę Marii Magdaleny (I don’t know how to love him), o wjeździe do Jerozolimy (Hosanna), ostatniej wieczerzy (Last Supper) czy piosenkę Heroda (Herod’s song).


Getsemani



Kontrapuntkem dla Judaszowego songu, a zarazem centralną – i najbardziej przejmującą – jest aria Getsemani (I only want to say) – modlitwa Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Zbudowana na muzycznym motywie lamentu (wywodzącym się z muzyki barokowej), jest wyzwaniem dla wykonawców, gdyż występują w niej bardzo wysokie partie.

W Biblii Tysiąclecia modlitwa w ogrodzie Getsemani, znajdującego się w Dolinie Cedronu u pondóża Góry Oliwnej, z widokiem na górę Moria, opatrzona jest przedtytułem: „Modlitwa i trwoga konania”. Jest to jeden z najtragiczniejszych momentów w Nowym Testamencie, a może i w całej literaturze w ogóle.

Oto Jezus przybył na Górę Oliwną ze swoimi przyjaciółmi, wiedząc, że Judasz już go wydał i zaraz przyjdzie straż, aby go pojmać. Prosi swoich uczniów o czuwanie i obecność w godzinie trwogi. Uczniowe jednak zasypiają. Jezus zostaje sam wobec strachu przed męką i śmiercią, o których wie, że go za chwilę czekają.

Następuje modlitwa ze słynnym: «Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!».

To właśnie ta modlitwa staje się podstawą arii Getsemani. Tim Rice rozwija ją w genialny sposób, który ukazuje najbardziej wrażliwą i ludzką stronę Jezusa. Ten, który mianował się Bogiem i wytrwał kuszenie na pustyni, przeżywa moment wielkiego lęku i trwogi.







Piosenka po przedzona jest recytatywem, dwukrotnym zawołaniem do przyjaciół:

„Czy żaden z was ze mną nie zostanie? Piotrze, Janie, Jakubie?” 
„Will none of you wait with me, Peter, John, James?”

To moment wielkiej intymności i bliskości, w którym kryje się strach i niepewność („Tęskność, smutek, strach go ściska”). Jesteśmy naocznymi świadkami sceny, w której Jezus rozmawia sam na sam z Ojcem. Jest to scena pełna archetypów, jak powiedzieliby jungiści, konfrontacji ojca i jego oczekiwań wobec syna (a oczekiwania te, jak wiemy, są bardzo wygórowane – Ojciec oczekuje od Syna śmierci na krzyżu) z synem, który prosi ojca o litość i o zmianę zdania.

Najprostsza definicja modlitwy to „rozmowa z Bogiem”, przy czym za każdym razem człowiek staje w modlitwie samotny, z nadzieją, że Bóg go usłyszy. Skoro to jednak rozmowa, to jak odpowiada Bóg? Na modlitwie nie widać ani nie słychać Boga fizycznego, więc człowiek rozmawia z Bogiem w sobie, stamtąd mu też Bóg odpowiada. Psychoanalitycy powiedzieliby być może, że człowiek rozmawia ze swoim superego – czyli uwewnętrznionym obrazem Boga (ojca).

W wersji Tima Rice’a, Jezus rozpoczyna tę modlitwę z wielką uległością:

I only want to say
If there is a way
Take this cup away from me for I don't want to taste
its poison
Feel it burn me, I have changed, I'm not as sure as
when we started


Chcę tylko powiedzieć,
Że jeśli istnieje taka możliwość,
Oddal ode mnie ten kielich, z trucizną, której nie chcę próbować.
Czuję, jak mnie to wypala, zmieniłem się, nie jestem tak pewien,
jak wtedy, gdy zaczynaliśmy

Oznajmia, że doszły go wątpliwości i nie jest już pewien, tak jak na początku, że na pewno chce wydać się na mękę i ponieść bolesną śmierć. Prosi więc ojca, żeby ten zmienił swoją wolę i nie posyłał tam, gdzie on boi się iść. Decyzja, przyrzeczenie dane niegdyś ojcu, że poniesie krzyż zgodnie z jego oczekiwaniami, wydaje mu się odległa. Zdaje sobie sprawę, że podjął ją w momencie emocjonalnego natchnienia, ale teraz, kiedy początkowe uniesienie poczuciem misji opadło, jest zmęczony, smutny i chciałby zrezygnować. Mówi, że przez ostatnie trzy lata starał się tak bardzo, że powinien już był spełnić wszystkie oczekiwania ojca.

Then I was inspired
Now I'm sad and tired
Listen surely I've exceeded expectations tried for three years
Seems like thirty
Could you ask as much from any other man?


Wtedy byłem natchniony,
teraz jestem smutny i zmęczony.
Słuchaj, z pewnością przekroczyłem wszelkie oczekiwania, trudziłem się przez 3 lata,
a wydaje się jakby było ich 30,
Czy mógłbyś żądać tak wiele od jakiegokolwiek innego człowieka?

Smutek i trwoga przechodzi stopniowo w złość i próbę wzbudzenia u ojca poczucia winy. Przejście to podkreśla muzyka Webbera, która z delikatnego lento, przechodzi w patetyczny lament (But if I die), a następnie w bigbeandową wstawkę (I want o know, my God), mocno kontrastującą z całym charakterem pisoenki:


But if I die
See the saga through and do the things you ask of me
Let them hate me, hit me, hurt me, nail me to their tree
I'd wanna know I'd wanna know my God
I'd wanna see I'd wanna see my God
Why I should die
Would I be more noticed than I ever was before?
Would the things I've said and done matter anymore?
I'd have to know I'd have to know my Lord
I'd have to see I'd have to see my Lord
If I die what will be my reward?
I'd have to know I'd have to know my Lord
Why should I die?
Can you show me now that I would not be killed in vain?
Show me just a little of your omnipresent brain
Show me there's a reason for your wanting me to die
You're far too keen on where and how and not so hot on why


Ale jeśli umrę,
Historia się dopełni i zrobię rzeczy, których ode mnie oczekujesz.
Pozwolę by mnie nienawidzili, bili i przybili do drzewa.
Chciałbym wiedzieć, Chciałbym wiedzieć mój Boże,
Chciałbym zrozumieć, Chciałbym zrozumieć mój Boże,
Dlaczego powinienem umrzeć?!
Czy będę bardziej zauważany niż kiedykolwiek wcześniej?
Czy rzeczy, które powiedziałem i zrobiłem będą dalej miały znaczenie?
Muszę wiedzieć, muszę wiedzieć mój Panie,
Muszę zrozumieć, muszę zrozumieć mój Panie,
Co będzie mą nagrodą jeśli umrę?
Muszę wiedzieć, muszę wiedzieć mój Panie,
Dlaczego powinienem umrzeć?
Czy mógłbyś mi teraz udowodnić, że nie umrę na marne?
Pokaż mi choć mały kawałek Twego wszechobecnego umysłu
Pokaż mi, że istnieje powód, dla którego chcesz bym umarł.
Zbyt chętnie skupiasz się na tym gdzie i jak, a nie dlaczego.

To moment bardzo dramatycznego napięcia. Jezus jest wściekły na ojca, bo nie rozumie dlaczego warunkiem wypełnienia misji zbawienia ludzkości jest właśnie jego śmierć na krzyżu (powtarzające się pytania: „Dlaczego?”). Pyta, czy jeśli poniesie śmierć, to ojciec go wreszcie dostrzeże (!). Nie wie, czy jego śmierć nie pójdzie na marne, czy rzeczywiście jest ona wystarczająca, żeby odkupić ludzkość od grzechu (bo taki sens nadaje ofierze Jezusa chreścijaństwo). Domaga się, żeby ojciec pokazał mu choć kawałek swojego wszechogarniającego umysłu, żeby i on, Jezus, sam mógł poznać sens swojej własnej śmierci.

Dojmujący jest fragment, w których Jezus pokazuje się jako syn, poświęcający się na własną śmierć, ażeby uzyskać wreszcie aprobatę surowego ojca-sędziego. Jest to ofiara największa i ostateczna, którą ponosi w imię spełnienia jego oczekiwań. Dzisiaj dostrzeglibyśmy w tym ogromne okrucieństwo ze strony Boga-ojca, a jest to przecież podstawa całego chrześcijaństwa.

(Psychoanalitycy mogliby się doszukiwać w tej scenie jednego z możliwych rozwiązań kompleksu Edypa. Nie zapominajmy, że Jezus został opuszczony przed urodzeniem przez swojego prawdziwego ojca i został zaadoptowany przez męża swojej matki. Więc poczucie opuszczenia przez ojca musiało mu towarzyszyć przez całe życie, a scena rozmowy w Ogrodzie Oliwnym jest tylko jego powtórzeniem).

Jezus jest bezsilny wobec wololi ojca i zaczyna sobie uświadamiać, że nie może jej odwrócić, a jednocześnie jej się poddaje i postanawia ją wypełnić. Na nowo pojawia się w nim smutek, zmęczenie, zrezygnowanie, widocznie jeszcze bardziej niż na początku. Piosenka kończy się naturalistyczną antycypacją ukrzyżowania: Jezus wyrzuca ojcu, że będzie się bezczynnie patrzył na mękę i śmierć swojego syna.

Alright I'll die!
Just watch me die!
See how I die!
Then I was inspired
Now I'm sad and tired
After all I've tried for three years seems like ninety
Why then am I scared to finish what I started
What you started - I didn't start it
God thy will is hard
But you hold every card
I will drink your cup of poison
Nail me to your cross and break me
Bleed me beat me kill me take me now -
Before I change my mind


Dobrze więc umrę!
Tylko oglądaj mą śmierć!
Patrz jak umieram!
Wtedy byłem natchniony,
teraz jestem smutny i zmęczony.
Trudziłem się ciągle przez 3 lata,a wydaje się jakby było ich 90
Dlaczego więc boję się dokończyć to, co zacząłem...
Co Ty zacząłeś! - bo ja tego nie zacząłem!
Boże, Twa wola jest ciężka,
Ale to Ty rozdajesz karty.
Wypiję zatem Twój kielich trucizny,
Przybij mnie do swojego krzyża i złam mnie,
Daj mi się wykrwawić, biczuj mnie i weź mnie teraz....
Nim zmienię swe zdanie

Oczywiście współczesna interpretacja Webbera/Rice’a to tylko jedna z licznych interpretacji, które znamy. Scena w ogrodzie Gethsemani była inspiracją dla sztuki europejskiej zarówno w malarstwie, jak i w muzyce (by wymienić choćby Pasje Bacha). Katolicy jej pamiątkę obchodzą tuż po wielkoczwartkowej liturgii. Polska tradycja zna wiele pieśni wielkopostnych, w której ogrójec jest jednym z ich naczelnych tematów. Jedną z nich jest XVII-wieczna pieśń „Ogrodzie oliwny”, króra opisuje dokładnie tę samą scenę, co interpretowany utwór Webbera. Opowiada ona w podobny sposób, z punktu widzenia 3-osobowego obserwatora, który na początku zwraca się piękną, efektowną, konceptualną apostrową do Ogrodu Oliwnego.


Ogrodzie Oliwny, widok w tobie dziwny!
Widzę Pana mego, na twarz upadłego.
Tęskoność, smutek, strach Go ściska!
Krwawy pot z Niego wyciska.
Ach, Jezu mdlejący, prawieś konający!


Kielich gorzkiej męki z Ojca Twego Ręki.
Ochotnie przyjmujesz, za nas ofiarujesz.
Anioł Ci się z nieba zjawia,
O męce z Tobą rozprawia,
Ach, Jezu strwożony, przed męką zmęczony!


Uczniowie posnęli, Ciebie zapomnieli,
Judasz zbrojne roty stawia przede wroty.
I wnet do Ogrójca wpada
z wodzem swych zbirów gromada.
Ach, Jezu kochany, przez ucznia sprzedany!


Tuż po tej scenie następuje początek męki Jezusa: pojmanie, zaparcie się Piotra, sąd Piłata i wreszcie droga krzyżowa, czyli kluczowe elementy chrześcijańskiej opowieści.

Na YouTube możemy znaleźć mnogość wersji musicalu z desek różnych teatrów muzycznych na całym świecie (również pełne wersje). Poniżej kilka wybranych piosenek.


The Temple (reż. Norman Jewison, 1973)




I don't know how to love him (Yvonne Elliman, reż. Norman Jewison, 1973)






Herod's song (Broadway 2012)




Gethsemane (Steve Balsamo, Holland, 2004)



O chwilach przebłysku, medytacji i zmianie

Nie wiem, jak często przydarza się to innym. Kiedyś, idąc krakowskimi plantami, poczułem - bez powodu - że wszystko jest właśnie tak, jak ma być. Że oto ja - idący sobie gdzieś tam - czuję się nagle częścią wszechświata, że budynki, drzewa, zwierzęta, ludzie - wszystko, nawet uliczny ruch, jest na swoim miejscu i ja w tym wszystkim, z całym swoim bagażem, który wtedy niosłem - jestem tam, gdzie powinienem być. Nie robiłem nic specjalnego, nic wielkiego się nie przytrafiło, nie pracowałem nad niczym ważnym. Gdzieś na horyzoncie może tylko majaczyły jakieś egzaminy w letniej sesji, do których w ogóle nie byłem przygotowany. Przeszłość była wciąż jakoś bolesna, dopiero co wyszedłem z depresji, wciąż ciążyły jakieś żale, z drugiej strony jakaś niejasna przyszłość, co będę kiedyś robił, z kim, jak ułoży się moje życie, czy nie poniosę w niej jakiejś spektakularnej porażki. A tutaj nagle - bez powodu - jestem właśnie tutaj, na tych plantach, w tym punkcie, a nie w innym - i wszystko jest takie na miejscu, łącznie ze mną.

Nie wiem, jak to inaczej opisać, ale przez chwilę, poczułem się lekki i wolny; wolny od lęków, wolny od smutku, wolny od konieczności robienia czegokolwiek, żeby poczuć się tak, jak właśnie się poczułem. Niczego w tamtym momencie nie chciałem, o niczym nie myślałem, niczego się nie bałem. Było w tym coś mistycznego, choć na mistycyzmie się nie znam, więc nie wiem, czy mogę to tak nazwać. Było w tym coś jak nagły moment oświecenia - choć oświecony też nie jestem, więc nie wiem, czy miało to coś wspólnego z oświeceniem. Może jakieś zwarcie na synapsach. Może uwolnił się w głowie jakiś woreczek z serotoniną. Coś, w każdym razie, było.

Nie trwało to oczywiście za długo - była to chwila, po czym wszystko wróciło z powrotem. Rozbieganie myśli i planowanie, czy wystarczy mi do końca miesiąca na życie. Czy zdam egzaminy, do których się nie uczę, bo mnie odrzuca na myśl o książkach, a jeśli nie zdam - to jaka katastrofa mnie czeka? Czy iść na imprezę, na którą nie mam specjalnie ochoty iść, ale obiecałem i na kogo wyjdę, jak nie pójdę? I w ogóle, czy jak za te 2 lata skończę studia, to dostanę jakąkolwiek pracę i jaki wobec tego ma sens to całe studiowanie? Wiadomo, myśl goni myśl, goni myśl następną i od prostego pytania: "co dziś na kolację?" przechodzisz do obmyślania wszystkich możliwych sposobów poniesienia porażki we współczesnej Polsce. I zapominasz, że przed chwilą wszystko było takie, jak ma być. Mimo iż, w tamtym zupełnym momencie, byłeś ciągle tą samą osobą - bez pieniędzy, osiągnięć i nachalnej urody.

Ale po takiej chwili przebudzenia uświadamiasz sobie, że ani pieniądze, ani osiągnięcia ani nachalna uroda nie są ci potrzebne, żeby się czuć tak, że wszystko jest jak najbardziej w porządku, łącznie z Tobą samym, w jakimkolwiek momencie życia teraz jesteś i co ci się w tym życiu właśnie wydarza.

A gdyby móc się tak czuć cały czas? Gdyby tak można było, to czemu właściwie wciąż się tak nie czujemy?

Odpowiedź na to pytanie może być bardzo złożona albo bardzo prosta. Skoncentruję się na tej ostatniej: bo nie umiemy. Co więcej, wielu z nas wierzy, że tkwienie w nieszczęściach produkowanych przez własny umysł to co coś, na co jesteśmy skazani. Po prostu tacy jesteśmy i już. To nasz charakter i nie można tego zmienić. Co więcej - wielu z nas próbowało, ale już po paru dniach czy godzinach od postanowienia zmiany nastawienia, dochodziliśmy do wniosku: to nam się nie uda. I wracaliśmy do znanych schematów myślenia o sobie, o innych, o życiu i o świecie.

Tymczasem Matthieu Ricard, od ponad 40 lat buddyjski mnich, z pochodzenia Francuz, uznany przez naukowców z najszczęśliwszego człowieka na świecie (i to nie jest zdanie wytrych - prowadzono na jego mózgu przez 12 lat badania, można sprawdzić), w swojej książce Why meditate? pisze tak:
Jedną z największych tragedii naszych czasów jest to, że znacząco nie doceniamy naszej zdolności do zmiany. Nasz charakter dopóty pozostanie taki sam, dopóki nic nie będziemy robić, by go zmienić. I tak długo pozostanie taki sam, jak długo będziemy tolerować nasze nawyki i wzorce, myśl za myślą. 
Medytacja, jako środek do osiągnięcia lepszego kontaktu ze sobą, z życiem, z tu i teraz, a niekoniecznie od razu oświecenia i nirwany, jest na Zachodzie znana i praktykowana od całkiem niedawna, to pewnie kwestia ostatnich kilkudziesięciu lat. Jej dobrodziejstwa było znane dotąd na Wschodzie i to pewnie w ograniczonych kręgach wtajemniczonych. Dziś coraz częściej sięgają po nią terapeuci, jest ona podstawą terapii poznawczej opartej na uważności (tzw. MBCT - mindfulness based cognitive therapy). Jednocześnie, dla wielu - pozostaje ona jakąś niezrozumiałą fanaberią ludzi oderwanych od rzeczywistości. Tymczasem - jeśli praktykowana umiejętnie, jest czymś zupełnie odwrotnym - zbliża do życia i do rzeczywistości, a oddala od niepokoju rozbieganego (martwiącego się, zalęknionego, itd.) umysłu.

Jak pisze Ricard, niektórzy ludzie uważają swoje osobiste słabości i skonfliktowane emocje jako część swojego wewnętrznego bogactwa. Uważają, że te cechy tworzą jakąś szczególną alchemię ich charakteru i czynią ich przez to wyjątkowymi. Myślą zatem, że powinni akceptować się takimi, jakimi są. Nie zauważają, że właśnie to sprawia, że żyją w chronicznym poczuciu niezadowolenia. Nie zdają sobie sprawy, że odrobina refleksji i wysiłku mogłaby im właściwie pomóc. Czy gdyby ktoś powiedział ci, żebyś spędził_a cały dzień na przeżywaniu zazdrości albo na poczuciu miłości do świata, co byś wybrał_a?
Niezależnie od tego, czego byśmy sobie życzyli, nas umysł jest często wypełniony problemami. Spędzamy wielką ilość czasu trawieni bolesnymi myślami, dręczeni przez złość lub niepokój, liżąc rany zadane złym słowem przez innych. Kiedy doświadczamy tych trudnych momentów, chcielibyśmy umieć uporać się z tymi emocjami; chcielibyśmy wyćwiczyć własny umysł tak, żeby móc uwolnić się od tych przykrych emocji. Jaka to byłaby ulga. Tymczasem, skoro nie wiemy, jak osiągnąć ten rodzaj panowania nad sobą, tłumaczymy sobie, że w końcu, to jest "normalne" tak się czuć, że to jest "naturalne". Taka jest po prostu "ludzka natura". Cokolwiek znajdziemy w "ludzkiej naturze" jest, owszem, "naturalne", ale nie czyni tego razu wszystkiego pożądanym. Choroba, na przykład, dotyka każdego, ale czy to jest powód, żeby nie udać się do lekarza?
Czy zatem można się zmienić? Prawdą jest, że ludzki charakter zmienia się rzadko w przeciągu życia. Ale mimo iż taka zmiana jest czymś, co obserwujemy rzadko, niektórzy ludzie się zmieniają, co pokazuje, że zmiana jest możliwa.

Medytacja to rodzaj praktyki, która pozwala uprawiać i rozwijać pewne ludzkie przyrodzone właściwości w taki sam sposób, jak inny rodzaj treningu umożliwia grę na instrumencie czy wyciskanie stu kilogramów na klatę. Celem medytacji jest przekształcenie umysłu i naszego doświadczania świata. Nie chodzi wcale o to, żeby życie było pasmem przyjemnych doświadczeń, bo nie na tym polega spełnione życie. Chodzi raczej o zmianę sposobu, w który postrzegamy wyzwania własnej egzystencji. Poczucie harmonii, które jest ściśle połączone z miłością do innych, hojnością, cierpliwością, równowagą emocjonalną, to coś, kto chciałby osiągnąć chyba każdy. Ale, jeśli jesteś uczciwy_a wobec siebie, to pewnie przyznasz, że jeszcze ci trochę do tej harmonii brakuje. Gdybyśmy się mogli nauczyć praktykowania takiej miłości do innych i wewnętrznego pokoju, a jednocześnie umieli zredukować egocentryczne dążenia własnego ja, z którego pochodzi cała frustracja, nasze życie nie straciłoby zbyt wiele ze swojego bogactwa - raczej na odwrót.

Chwilowe momenty przebudzenia i harmonii to coś, co czasem się przydarza. Ale, żeby móc zmienić swoje życie tak, żeby harmonia zastąpiła permanentny konflikt i frustrację, trzeba się trochę wysilić. Jednym (choć pewnie nie jedynym) ze sposobów jest medytacja, czyli praktykowanie uważności i życzliwości, w zdyscyplinowany sposób. Jak to robić - to już temat na innego posta (ale i książek na ten temat napisano już wiele).


Korzystałem z książki Matthieu Ricarda "Why Meditate", wyd. Hay House India. Cytaty w moim tłumaczeniu.







Refleksja o ojczyźnie w dwóch cytatach

Erich Fromm w Patologii normalności pisze tak:
(...) Można na przykład zauważyć, że w niektórych krajach, o których dane są ogólnie dostępne, zwykle najgorzej wykształcone i najbiedniejsze klasy społeczne są najbardziej narcystyczne. (...) Dlaczego? Bo właśnie tam, z powodu niedostatku materialnego i emocjonalnego, nędznego życia, nie ma niczego, z czego można by czerpać dumę, oprócz własnej grupy narodowościowej. I nie ma niczego poza prymitywnym narcyzmem, co dawałoby owo poczucie dumy. 

aut. Liliana Piskorska, Autoportret z pożyczonym mężczyzną (ze strony autorki).

Kolejne pytanie z książki Fromma dotyczy już zdrowia psychicznego oraz, można by na to patrzeć szerzej, pojęcia normy. Czy dany człowiek jest zdrowy psychicznie, jeżeli jest przystosowany do społeczeństwa chorych psychicznie? Czy jeśli w danym społeczeństwie normą są zachowania i postawy, które są patologiczne (z psychoanalitycznego już punktu widzenia normy, jak wyżej opisany narcyzm), to czy powinniśmy takich społecznych norm przestrzegać?

Myślę, że w takim wypadku zasadne wydaje się pielęgnowanie postaw, które dla tego społeczeństwa uchodzą za nienormalne i wypracowywanie własnej, niezależnej od tego społeczeństwa, normy.

Starali się to robić wielcy myśliciele religijni Wschodu i Zachodu. Paradoksalnie i smutne jest to, że nauka Jezusa o miłości bliźniego (jakby nie patrzeć: droga i cel do przezwyciężania osobistego narcyzmu), została wprzęgnięta przez polityków do krzewienia idei nacjonalistycznych, szerzących nienawiść do wszelkich innych (nie-Polaków: Żydów, gejów, muzułmanów, itd.).

Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? (Mt 5, 46-47)

Myślę, że dalsze komentarze są tutaj zbędne.



10 książek, które nie zmienią Twojego życia

Kiedyś pracowałem w sklepie z ciuchami. Raz rozmowa z jedną z koleżanek zeszła na książki, bo zdziwiło ją, że czytam. Ona była przeciwna. Uważała, że to strata czasu. "No wiesz - mówi - przeczytałam kiedyś Alchemika, bo ktoś mi powiedział, że ta książka zmieni moje życie. Gówno prawda! Nic się w moim życiu nie zmieniło." A trzeba dodać, że miała rzeczywiście w życiu duży fakap [pol. bałagan]. Myślę, że przeczytanie całego Dostojewskiego, Freuda i Camusa też niewiele by w jej przypadku pomogło.

Zatem żeby nie tracić twojego czasu obietnicami bez pokrycia i żebyś nie poczuł się oszukany, jak niegdyś moja koleżanka, zrobiłem listę książek, które nic w twoim życiu nie zmienią. Choć po cichu uważam, że odpowiednia lektura może zmienić twój sposób patrzenia i myślenia, a to już dużo. Od tego mogą się zacząć poważne zmiany. Podobno wielkie zmiany zaczynają się właśnie od małych kroków. Cała idea biblioterapii (czyli terapii przez lekturę, niekoniecznie Biblii ;)) opiera się na takim założeniu.

A co to jest odpowiednia lektura? Taka, która porusza w Tobie jakaś ważną strunę. Bo jest masa książek, które przeczytasz ze zrozumieniem, a nawet przyjemnością, ale żadnej wewnętrznej struny nie poruszą. Ale są takie, co będą w tobie rezonować, będziesz czuć, że zostały napisane specjalnie dla Ciebie.

Niżej celowo nie ma ani bestsellerów ani książek z tzw. kanonu. Programowo unikam bestsellerów (nie miałem w ręku ani Zmierzchu ani Dziewczyny z pociągu ani Millenium), a o kanonie napisano trudnym językiem dużo ważnych i mądrych prac, więc już wiele dodać nie mogę. Są to zatem książki, na które trafiłem przypadkiem, przeglądając półki w "Taniej Książce" albo usłyszałem o nich w radiu w jakiejś nocnej audycji.

1. Halfdan W. Freihow, Drogi Gabrielu. List. 

Strach wynika z niewiedzy. Czasem tak sobie myślę, że jedyną rzeczą, której się boisz, jesteś ty sam, ponieważ o sobie wiesz najmniej. Przypuszczam, że stąd bierze się twoje pytanie, które - jak zawsze, gdy chcesz rozmawiać o swoich problemach - zadajesz w zdroworozsądkowy sposób: - Czy to nie jest niebezpieczne?
Nie, Gabrielu. Twoje problemy nie są niebezpieczne. W każdym razie nie w porównaniu z nowotworem, zawałem czy innymi chorobami, na które można umrzeć (...). Jedyne niebezpieczeństwo związane z twoimi problemami polega na tym, że część ludzi nie bierze ich w ogóle pod uwagę. Człowiek, który przez dłuższy czas czuje się systematycznie ignorowany, ośmieszany i niezrozumiany i który nie wie, dlaczego tak się dzieje, któremu nikt tego nie wytłumaczył, może stać się bardzo agresywny i wyładowywać swoją frustrację na innych.

Drogi Gabrielu to wzruszający list napisany przez norweskiego dziennikarza do dorastającego syna cierpiącego na autyzm. Ojciec próbuje zrozumieć świat syna i mu go objaśnić. Pełna wyzwań miłość rozpisana na kilkadziesiąt stron (to cienka książeczka), obowiązkowa dla wszystkich rodziców, także dla wszystkich rodziców swoich wewnętrznych dzieci. Poradnik o tym, jak kochać kogoś, kto jest inny, nieprzystosowany i problematyczny dla społeczeństwa. Taka miłość to nieustanna walka i znoszenie frustracji, ale gdy nie ma wyboru, trzeba się jej nauczyć.

2. Trygve Gulbranssen, A lasy wiecznie śpiewają

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości - Bóg chciał go dzisiaj poskromić i chociaż raniło mu to serce, nie tak trudno było poddać się Bogu, jak mu się początkowo wydało. Pozostawić zemstę Bogu nie oznaczało stchórzyć. Bóg miał przejąć zemstę i karać surowo, tak jak to było napisane w Biblii. Na nic się zdało sprzeciwiać Bogu.
Fabuła rozgrywa się na przełomie XIX i XX wieku na północy Norwegii: surowej, skutej lodem, gdzie nieustępliwa natura reguluje rytm życia. Opowieść o trzech pokoleniach starego chłopskiego rodu Björndal. Oszczędna narracja, raportująca fakty, bez wielostronicowych opisów, roztrząsań i analiz, przypadła mi bardzo do gustu (nie lubię przegadanych książek). Bohaterowie są nieprzystępni, chłodni, powściągliwi w ekspresji, nie bardzo umiejący okazać miłość, której w rzeczywistości są pełni. Świadczą o niej pojedyncze gesty i wypowiadane z rzadka zdania.

Gulbranssen to nie Hamsun i w Norwegii, jak się przekonałem, uważany jest raczej za drugorzędnego pisarza. Ale często drugorzędni pisarze, zanurzeni bardzo w swojej epoce, są w stanie oddać klimat czasów lepiej niż ci, którzy piszą o rzeczach uniwersalnych. A powściągliwa i tajemnicza Północ potrafi pociągać bardziej niż ekspresyjne i dosłowne Południe.

3. Edmund White, Zuch

Ale mnie pociągają mężczyźni - powiedziałem.
Choć słowa te podszepnęła mi moja przekorna natura, kiedy tylko je wypowiedziałem, poczułem, że zmieniam się w jakiegoś zwyrodnialca. Włosy mi pojaśniały, dłoń opadła bez sił, mój rypsowy krawat zamienił się w koronkowy żabot: byłem wdzięczącą się ciotą, która gra na fortepianie koncertowe przeróbki zeszłorocznych przebojów dla swojej matki i jej kółka brydżystów. Nie znajdowałem żadnego usprawiedliwienia dla tego, czym jestem. Mogłem tylko walczyć o prawo wyboru miejsca emigracji lub sposobu, w jaki popełniłbym samobójstwo.
 
Książka nazywana jest gejowskim Buszującym w zbożu, bo opowiada o inicjacji w dorosłość homoseksualnego chłopca. Edmund White dorastał w Cincinnati w latach 50. Zanim przeprowadził się do Nowego Jorku i stał się uznanym pisarzem i profesorem literatury, przeszedł prawdziwą batalię tożsamościową, której centralnym punktem było zdanie sobie sprawy z własnego homoseksualizmu. W czasach, gdy dorastał, homoseksualizm powszechnie uznawany był za chorobę, zboczenie, piętno. W Zuchu opisuje lata dzieciństwa, dorastania, inicjacji (homo)seksualnej, relacji z rodzicami i rówieśnikami, prób leczenia u psychoanalityka, pierwszych miłości, wreszcie - wyjazdu do Nowego Jorku...  Wszystko to działo się jeszcze przed rebelią w Stonewall, kiedy to rozpoczęła się walka o prawa gejów.  Zresztą, pamiętnego 28 czerwca 1969 roku, gdy policja wtargnęła na ten gejowski bar w Nowym Jorku, jednym z bawiących się był właśnie Edmund White.

4. Cesare Pavese, Plaża

(...) Zerkałem w jego stronę od niechcenia, ale i zaintrygowany. Był jednym z tych chłopców, którzy chodzą do szkoły, ponieważ ich tam wysyłają, a kiedy nauczyciel mówi, patrzą na niego oczami wybałuszonymi i znudzonymi. Teraz, nagi i opalony, obejmował rękami kolana i niespokojnie się uśmiechał. Niewykluczone, pomyślałem, że tacy chłopcy są najbardziej bystrzy.
Kilkudziesięciostronicowe opowiadanie, którego pierwszoosobowym narratorem jest trzydziestoparoletni nauczyciel, kawaler, introwertyk, odwiedzający w Genui dawnego przyjaciela i jego żonę. Wspólne wyjścia na plażę są kanwą narracji, w której leniwe dni nieobfitujące zbytnio w wydarzenia, sycą się obrazami, budzącymi wspomnienia, refleksje, komentarze do widzianego świata. Bohater jest raczej zdystansowanym i nieingerującym w ten świat obserwatorem, a my mamy wgląd w narrację, toczącą się w jego głowie, która odbija jak w lustrze strategie narracyjne, które toczą się w naszych własnych głowach, często bezwiednie.

Pavese to jeden z najwybitniejszych pisarzy włoskich XX wieku. Oskarżany przez faszystów o działania antypaństwowe, został aresztowany i przebywał na zesłaniu na południu Włoch. Jego pisarstwo jest przykładem literatury, która bierze się z wewnętrznego cierpienia. Niestety, włoska literatura ubiegłego stulecia jest mało znana w Polsce (może poza Umberto Eco i Italo Calvino), a szkoda. Nie pasuje ona do stereotypu wesołego Włocha z południa, który macha rękami i wsuwa makaron, śpiewając O sole mio. Jest mocno melancholijna, a włoskie słońce jest tam raczej metaforą psychicznej duchoty niż wesołych wakacji z rodziną w Toskanii.

5. Doris Lessing, Podróż Bena

- Kim jest ten człowiek?
- To bardzo mądry człowiek.
- Co on ze mną zrobi?
Trafność tego pytania pogłębiła jeszcze obawy dziewczyny.
- Nie wiem, Ben. - powiedziała. - Ale on nie zrobi ci krzywdy.
- Nie lubię go.
Teresa też go nie lubiła. Ona i Inez pochodziły z różnych środowisk, mimo to czuły się ze sobą swobodnie. Ale z Luizem było inaczej: Teresa nie potrafiła zaufać temu przystojnemu, wiecznie uśmiechającemu się mężczyźnie.
Ben. Człowiek-zwierzę, o starej twarzy, masywnych ramionach, owłosiony jak szympans. Dziwadło, na które wszyscy patrzą, a on boi się tego wzroku i od niego ucieka. Kierowany impulsami, zwierzęcymi instynktami i pierwotnymi emocjami. Wiedział, że nie wolno mu ich wyrażać, bo spotka go za to coś złego. Kiedy się bał, szczerzył się w zakłopotanym uśmiechu, jak się cieszył - skakał i śpiewał piosenki, które dla innych brzmiały jak szczekanie psa. Odczuwał żądzę brutalnego, zwierzęcego seksu, a zarazem ogromną potrzebę miłości. Nigdy nie spotkał kogoś podobnego do siebie, nikt też nie spotkał kogoś podobnego do niego (za wyjątkiem Alfreda, który widział podobną postać na prehistorycznym, skalnym malowidle). Sam z siebie nie krzywdził, chyba że sprowokowany.

Ale czy to nie część każdego z nas? Dziedzictwo przodków, zakodowane w genomie. Freudowskie "id", słynna "klatka z potworkami". Nasz cień, nasze odrzucone wewnętrzne dziecko, którego się boimy i którego się wstydzimy. Jak się z Benem obchodzić?

6. Margaret Atwood, Pani Wyrocznia

Nie chce powiedzieć, że Artur był nieuczciwy: to, co myślał i mówił niczym się od siebie nie różniło. Tyle, że i jedno i drugie różniło się od tego, co czuł. Latami chciałam stać się kimś, za kogo Artur mnie brał albo kim uważał, że powinnam być. Miał mnóstwo dotyczących mnie planów, wielkie ambicje i pomysły, jak mogłabym w konstruktywny sposób wykorzystać moją inteligencję, a ja, rano, kiedy on się zrywał, by zrobić sobie kawę i ścigać któryś ze swoich celów, gniłam w łóżku. I to mi właśnie miał do zarzucenia, jak mi wyznał: że nie stawiam sobie żadnych celów. Słowo "cel" kojarzyło mi się tylko ze strzelaniem do celu - a tego sporu nie lubiłam.
Kim jesteśmy? Czy twarz i maska to jedno? Czy mamy wiele twarzy, czy może jedną twarz i wiele masek? A może jesteśmy sumą naszych dziecięcych traum i kompleksów z okresu dorastania? Odpowiedzią na oczekiwania otoczenia? A może stajemy się dla siebie tym, jak widzą nas inni? Jakby powiedział być może Gombrowicz, stajemy się gębą dorobioną nam przez innych. A gdyby tak porzucić raz na zawsze każdą z tych masek, ról, gąb, pokazać determinizmowi środkowy palec? W sumie o tym jest Pani Wyrocznia. Główna bohaterka ma już każdej z tych wersji siebie dość i postanawia upozorować samobójstwo i uciec, by móc zbudować siebie na nowo gdzie indziej.

7. Anthony de Mello SJ, Przebudzenie

Przebudzenie to duchowość. Ludzie najczęściej śpią, nie zdając sobie z tego sprawy. Rodzą się pogrążeni we śnie. Żyją śniąc. Nie budząc się zawierają małżeństwa. Płodzą dzieci we śnie i umierają, nie budząc się ani razu. Pozbawiają się tym samym możliwości zrozumienia niezwykłości i piękna ludzkiej egzystencji. Mistycy, niezależnie od wyznawanej przez siebie doktryny zgodni są co do tego, że wszystko, co nas otacza, jest takie, jakie być powinno. Wszystko. Cóż za przedziwny paradoks. Najtragiczniejsze jest to, że większość ludzi nigdy tego nie jest w stanie zrozumieć.
Tak, ta książka to taka trochę duchowość w wersji pop, co jest jej wadą, a jednocześnie zaletą. W dziedzinie duchowości napisano wiele gniotów i pięknodusznych uniesień, duchowych płycizn spod znaku New Age czy mistyki Wschodu dla ubogich w wersji Osho. De Mello mówi o duchowym uniwersalizmie, wychodząc od mistycznego doświadczenia chrześcijańskiego. Mówi jednocześnie, że Jezus, Budda czy inni i wszyscy oświeceni mówili w gruncie rzeczy to samo, choć nieco inaczej, dostosowując swój język do własnego kręgu kulturowego. Tym właśnie de Mello podpadł watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary (dawnej Świętej Inkwizycji), gdyż jego książka została opatrzona przez Ratzingera adnotacją, że głosi niekatolickie tezy. Może właśnie dlatego warto po nią sięgnąć. Stanie się jasna różnica między instytucjonalną religią (której nie zależy na niczyim duchowym przebudzeniu czy prawdziwym kontakcie z Wyższym, a jedynie na ślepym posłuszeństwie hierarchii), a bogactwem duchowych tradycji mistycyzmu, które można znaleźć pod każdą szerokością geograficzną i z nich czerpać. 

8. Thich Nhat Hanh, Spokój to każdy z nas 

Jeśli nie jesteśmy szczęśliwi, jeśli nie mamy w sobie pokoju, nie możemy dzielić pokoju i szczęścia z innymi, nawet z tymi, których kochamy, z którymi żyjemy pod wspólnym dachem. Ale kiedy sami jesteśmy pełni pokoju i szczęśliwi, możemy się uśmiechać i kwitnąć jak kwiat. I wtedy każdy w naszej rodzinie, w naszym społeczeństwie, skorzysta z naszego pokoju. Czy potrzebujemy jakiegoś specjalnego wysiłku, żeby móc cieszyć się pięknem błękitu nieba? Czy potrzebujemy jakoś specjalnie ćwiczyć, żeby mieć z tego radość? Nie, po prostu się tym cieszymy. Każda sekunda, każda minuta naszego życia może być właśnie taka. Gdziekolwiek jesteśmy, w każdym momencie, mamy zdolność do cieszenia się słońcem, wzajemną obecnością, a nawet poczuciem oddechu. Nie musimy jechać do Chin, żeby cieszyć się błękitem nieba. Nie musimy podróżować w przyszłość, żeby cieszyć się z oddychania. Byłoby szkoda, gdybyśmy byli świadomi jedynie własnego cierpienia.
Ludzki umysł ma tendencje do ruminacji. Ruminacja to nieskończony film przewijający się w naszym umyśle: myśl, która rodzi myśl, która pociąga za sobą kolejną myśl. Poza naszą kontrolą. Często, niestety, jest to martwienie się, planowanie, odtwarzanie w głowie na nowo jakiejś przykrej sytuacji i przeżywanie jeszcze raz emocji z nią związanych, wybieganie myślami w przyszłość, zadręczanie się myślami typu: "a co będzie jeśli". Czasami myślenie o tym, "co zrobię dziś na kolację" poprzez łańcuch różnych skojarzeń prowadzi do momentu, w którym marszczysz czoło i martwisz się "a co jeśli on mnie zostawi"? albo "a co jeśli nie zdam egzaminu?". I właśnie w tym momencie, kiedy tak skupiałeś się na przeszłości (która już minęła) albo na przyszłości (której jeszcze nie ma) umknęła twojej uwadze cała teraźniejszość, czyli jedyne, co naprawdę istnieje. Nie zauważyłeś, że chłodny wiatr musnął twój policzek, że niebo ma piękne kolory, albo że - po prostu - oddychasz. Albo tego, że ktoś jest tutaj obok i właśnie cię kocha. Tak bardzo skupiasz się na rzeczach których nie ma, a które przynoszą cierpienie, że umyka ci wszystko to, co jest, a co może przynieść pokój. 

Tego właśnie uczą książki Thich Nhat Hanha: jak uwolnić się od ciągłego odtwarzania cierpienia z przeszłości i jak nie martwić się przyszłością, która nigdy nie nadejdzie (bo nigdy nie jest taka, jak ją sobie wyobrażamy), a być tu i teraz, w całej rozciągłości, doświadczając tego, jaki cud wydarza się właśnie w tym momencie. Są napisane dziecięco prostym językiem, bez komplikacji i silenia się na pseudointelektualne skomplikowanie. Prawda jest prosta. Jeśli ktoś się już przemoże i odłoży na bok stereotypy dotyczące medytacji, jego życie nigdy nie będzie już takie jak wcześniej: otworzą się pierwsze drzwi do świadomości. Potem trzeba będzie przejść jeszcze przez niejedne, ale najważniejszy jest pierwszy krok. 

9. Rainer Maria Rilke, Zapiski Maltego Lauridsa Brigge

Uczę się patrzeć. Nie wiem, na czym to polega, że wszystko przenika teraz we mnie głębiej i nie zatrzymuje się w miejscu, gdzie zawsze zwykło się zatrzymywać. Mam jakieś głębokie wnętrze o którym nie wiedziałem. Wszystko teraz się tam dostaje. Sam nie wiem, co się tam wewnątrz mnie dzieje. Napisałem dziś list, zastanowiło mnie przy tym, że jestem tutaj dopiero trzy tygodnie. Trzy tygodnie gdzieś indziej, przykładowo na wsi, mogłoby być jak jeden dzień, tutaj wydają się trwać latami. I nie mam już ochoty pisać żadnych listów. Po co mam mówić komuś, że się zmieniam? A jeśli się zmieniam, nie pozostaję przecież tym, którym byłem, lecz staję się kimś innym niż dotąd, oczywiste jest więc, że nie mam znajomych. A z obcymi ludźmi, którzy mnie nie znają, korespondować niepodobna. 

Jak to jest, że jedne książki trafiają do kanonu, a inne nie? Bo to moim zdaniem powinno być w kanonie, a mało kto zna tę powieść Rilkego. To trochę taka wiwisekcja nowoczesnej, wrażliwej duszy. Jest gęsta. Nie sposób przeczytać jej raz i uważać za przeczytaną, raczej trzeba wracać i próbować zrozumieć.

Malte, 28-letni Duńczyk, przeprowadził się niedawno do Paryża i próbuje się w nim odnaleźć. Szuka lekarstwa dla rozproszonego na setki kawałków „ja”- i odnajduje je w pisaniu - będącym dla niego przeczesywaniem własnego doświadczenia; czytanie, to natomiast zwrócenie się ku innemu. Tak powstają strzępy historii własnej i miejsca, w którym przebywa. W pewnym momencie zapiski się urywają i to jest koniec książki.

10. Jeannete Winterson, Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?

"Diabeł nas zaprowadził do złej kołyski”, mawiała moja matka, kiedy się na mnie zeźliła, co zdarzało się często. Wizja szatana, który odrywa się od zimnej wojny i makkartyzmu, żeby odwiedzić Manchester w 1960 roku – cel wizyty: oszukać panią Winterson – ma w sobie coś ekstrawagancko teatralnego. A ona sama ekstrawagancko zmagała się z depresją.
Tytuł książki to słowa wypowiedziane przez macochę do Jeannete. Jeannete była adoptowana przez parę fanatycznych zielonoświątkowców, doświadczała w domu przemocy fizycznej i psychicznej. W wieku 16 lat uciekła z domu po tym, jak zaczęto poddawać ją egzorcyzmom i gwałtem leczyć homoseksualizm. Wydawałoby się, że tak poraniona psychika, dziecka dwa razy odrzuconego, najpierw przez biologicznych, potem przez adopcyjnych rodziców, nie ma szans na zagojenie i w zasadzie jest spisana na straty.
(...) martwię się, że tyle jest małych dzieci, którymi nigdy się nie opiekowano i dlatego nie mogą dorosnąć.
Dzisiaj Winterson jest profesorem creative writing na Uniwersytecie w Manchesterze, ma na koncie wiele prestiżowych nagród literackich, została też odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego. Jej autobiograficzna opowieść, Po co ci szczęście..., to opis walki, którą stoczyła o miłość do samej siebie, której od nikogo wcześniej nie dostała. To też opowieść o tym, do czego prowadzi religijny fanatyzm i że nie ma on nic wspólnego z miłością chrześcijańską ani w ogóle z żadną inną miłością. Opowieść o ocalającej mocy literatury, dzięki której Winterson nie tylko mogła przetrwać, ale i urodzić się na nowo.


Camino. Wspomnienie.

Kacpra poznałem w barze mlecznym "Temida" na Grodzkiej w Krakowie. Studiowałem wtedy z jego ówczesną dziewczyną. Nie pamiętam co jedliśmy i o czym rozmawialiśmy. Ale mogły to być, na przykład, naleśniki "ze serem" i kwestia wolności u Schopenhauera, bo w końcu byliśmy studentami wydziału filozoficznego i polonistyki. Pamiętam, że miał dredy.

Potem spotkaliśmy się na jakiejś imprezie. Dalej pamiętam, że poszliśmy razem na spotkanie i pokaz slajdów do księgarni hiszpańskiej na Małym Rynku, gdzie jakiś facet opowiadał o swojej pielgrzymce do Santiago de Compostela. Wtedy zdecydowaliśmy spontanicznie, że też pójdziemy. To mógł być marzec albo kwiecień, a na początku lipca pakowaliśmy już plecaki. Kacper ściął dredy.

Więc 9 lipca 2007 roku siedzieliśmy już w pociągu z Krakowa do Poznania, gdzie przesiedliśmy się w pociąg do Słubic, a następnie do Frankfurtu nad Odrą. Stamtąd łapaliśmy pierwszego stopa. Dotarcie do St. Jean Pied-de-Port, skąd zaczęliśmy naszą pielgrzymkę, zajęło nam 5 dni, czyli trochę długo. Mieliśmy ze sobą namiot i przejechaliśmy przez Niemcy i Francję trochę naokoło, ale w końcu była to część przygody.


Podróż stopem nadaje się na osobną opowieść. Opowieść o ludzkiej życzliwości. O tirowcu Laszló, który opowiedział nam po węgiersku o miłości do swojej pracy, a my wszystko zrozumieliśmy. O parze skejtów z Berlina, którzy przenocowali nas u siebie czy o Niemce, która wyrzuciła nas po złej stronie autostrady, ale koniecznie chciała wcisnąć nam trochę Euro.

Choć bywało, że nie zatrzymywał się nikt.

I czekaliśmy godzinami.


Ostatni przystanek przed wyjściem w drogę. Julie i jej mama Elisabette zabrały nas gdzieś spod Carcassone i zawiozły do swojego domu w Pau. Nakarmiły i zabrały na spacer. Na drugi dzień po śniadaniu zawiozły nas na stację, skąd odjechaliśmy już pociągiem do St. Jean Pied-de-Port. 

W St. Jean Pied-de-Port zgłosiliśmy się w punkcie rejestracyjnym, żeby odebrać paszporty pielgrzymów, które umożliwiały nocowanie na trasie w refugiach, czyli pielgrzymich hostelach za parę euro lub za donativo, czyli za co łaska. Była też ankieta do wypełnienia, gdzie pytali, jaki jest cel naszej pielgrzymki, podając 4 opcje: turystyczny, sportowy, religijny i duchowy. Można było zaznaczyć więcej niż jeden cel. Zatrzymałem się chwilę nad tą kartką.

Camino de Santiago, czyli Droga św. Jakuba to średniowieczny szlak pielgrzymkowy, istniejący już na pewno w IX wieku. W Katedrze w Santiago, jak wierzyli pątnicy, znajduje się grób apostoła św. Jakuba Większego. W XII wieku akt papieski uznawał Santiago za trzecie najważniejsze miejsce chrześcijaństwa, po Rzymie i Jerozolimie, a w XIV wieku, w szczytowym okresie popularności, każdego roku przemierzało szlak ponad milion osób (dla porównania Francję zamieszkiwało wtedy ok. 18 milionów ludzi). Pielgrzymowanie miało wówczas charakter wyłącznie religijny: ludzie wybierali się w drogę dla umocnienia wiary, odbywając pokutę albo w konkretnych intencjach: o uzdrowienie, ustąpienie suszy albo zakończenie epidemii dżumy. Przez szlak przeszło wielu katolickich celebrytów, jak św. Franciszek z Asyżu, Izabela Kastylijska czy Ignacy Loyola. Więc powyższe pytanie zadane na  kartce byłoby w tamtych czasach co najmniej niezrozumiałe. Turystyka? Sport? Duchowość? Nikt tych pojęć nie znał. Wiara była organicznym światopoglądem, Bóg istniał, Jezus umarł na krzyżu i zmartwychwstał, Jakub był jednym z jego apostołów, a w de Compostela na pewno jest jego grób - to były fakty, których nikt nie poddawał w wątpliwość. Faktem było również to, że ziemia jest płaska, słońce kręci się wokół niej, a pierwszy człowiek miał na imię Adam i został ulepiony z gliny przez samego Boga. Własnoręcznie.

Więc ta niewinna ankieta do jakichś nieistotnych statystyk skonfrontowała mnie samego z pytaniem o cel, na które wcześniej sobie jednoznacznie nie odpowiedziałem. W takim kontekście trudno nie zadać sobie pytania: czy i w co wierzę? Czy moje camino ma jeszcze coś wspólnego z istotą pielgrzymki? Wierzyłem wciąż w Boga, ale z religią było mi już wtedy nie po drodze, coraz bardziej widziałem ją jako matrix, system stworzony do kontroli i czerpania zysków. Mimo to, chodziłem wtedy jeszcze do Kościoła. Krótko potem zupełnie przestałem.

Na kartce zaznaczyłem sobie ostatecznie dwa cele: "sportowy" i "duchowy". Dziś, kiedy na to patrzę i zestawiam średniowiecze ze współczesnością, to się rzuca w oczy: że sport (siłownia, joga, zdrowe odżywianie) stał się trochę nową religią, nowym rytuałem. Pustkę po religii trzeba było jednak czymś wypełnić, żeby nie myśleć o śmierci.

Natomiast sama taka piesza wędrówka ma w sobie już jakiś duchowy wymiar, bo to jednak mierzenie się ze sobą i swoimi słabościami w jakimś celu, nie da się temu zaprzeczyć. Poza tym był to po prostu trekking przez północną Hiszpanię. Wybraliśmy tzw. tzw. trasę francuską, zaczynającą się w kraju Basków, na granicy francusko-hiszpańskiej, i biegnącą przez 4 hiszpańkie regiony: Navarrę, Rioję, Kastylię i Leon oraz Galicję (jeszcze według starego podziału administracyjnego). Mieliśmy przed sobą do przejścia ponad 800 kilometrów.

Szliśmy więc. Dziennie pokonywaliśmy od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów, pieszo, z plecakami. Szliśmy i rozmawialiśmy. W zasadzie nic poza tym. Wprawieni pielgrzymi na różnych forach radzą, żeby wstawać wcześnie, przed świtem, i docierać na miejsce noclegu już koło południa, żeby uniknąć marszu w największym skwarze. My wstawaliśmy o ósmej, wychodziliśmy wpół do dziewiątej, szliśmy parę kilometrów i zatrzymywaliśmy się w barze na śniadanie (barów było pełno, sklepów mniej). Potem maszerowaliśmy przez cały dzień w słońcu, i fakt, był upał (pielgrzymi na forach mają rację), ale nie aż taki, żeby się zrywać przed świtem w wakacje... . Na nocleg docieraliśmy pod wieczór, zazwyczaj znajdowaliśmy ostatnie miejsca w hostelu. Dwa albo trzy razy zdarzyło się tak, że nie było już nic, więc musieliśmy spać pod gołym niebem.






Szliśmy i rozmawialiśmy. Kacper był świeżo po rozstaniu z dziewczyną, ja niedawno wyszedłem z depresji. Przemyśleń mieliśmy sporo, otwieraliśmy jakiś temat i on nam towarzyszył potem przez całą drogę. Zostawialiśmy go na moment, potem wracaliśmy do niego. Po kilkunastu dniach wędrówki przerwane wątki zaczęły się łączyć, dochodziły nowe. Dwóch dwudziestoparolatków, którzy w zasadzie dopiero powoli i z pewnym oporem wchodzą w dorosłość i jeszcze niewiele mają pojęcia o tzw. życiu, za to już mają tobołek z doświadczeniami na plecach, metafizyczny niepokój i wybór konkretnej drogi życiowej przed sobą. Więc szliśmy i rozmawialiśmy. Kacper przeżywał swoją żałobę po rozstaniu, dzieląc się ze mną swoimi historiami, ja próbowałem wprowadzić mu w to jakiś porządek (w końcu byłem w trakcie psychoterapii, a więc byłem specjalistą od grzebania w emocjach...). Sam jeszcze nie miałem wtedy wglądu we własne emocje ani prawdziwego kontaktu ze sobą i nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak bardzo czułem się w tamtym okresie samotny. Ale na drodze nie czułem się sam: zawsze obok (albo przed, albo z tyłu) był Kacper, do którego można było mówić i którego można było słuchać albo po prostu wspólnie milcząc iść naprzód. Przez całą drogę zwracaliśmy się do siebie per Don Gaspar i Don Miguel. Lub, częściej, po prostu: don. Mówimy tak do siebie zresztą do dziś.

Niczym nie musieliśmy się przejmować, bo nasze życie polegało wtedy tylko i wyłącznie na maszerowaniu naprzód, uzupełnianiu wody i jedzeniu. Mieliśmy jasno określony cel wędrówki, nakreślony plan i mapę w ręku. Na drodze pełno drogowskazów. To było jak medytacja, a wobec bólu nóg i pęcherzy na stopach, rzeczy zyskiwały swoje odpowiednie proporcje: bolesna przeszłość zostawała w przeszłości, lęk o przyszłość ustępował, bo liczyło się tylko to, co teraz: dotrzeć do kolejnego noclegu. Jeśli więc ktoś ma problem z tym, że jego umysł żyje ciągle albo w przeszłości albo w przyszłości, pielgrzymka jest dla niego. Niech idzie.






Minęło już ponad 10 lat. Co jeszcze zapamiętałem? Szaloną właścicielkę uroczego, domowego hostelu w St. Jean Pied de Port ("In my home no shoes!", "Come, come, look! Little chickens! Beautiful."). Spalonego słońcem, zarośniętego faceta, który ukazał się nam na horyzoncie, bez koszulki. Wyglądał jak Jan Chrzciciel. Okazało się, że wyszedł spod progu własnego domu w Strasburgu (według zwyczaju pielgrzymkę powinno się zacząć u progu własnego domu). Kobietę, która wybrała się w drogę wraz ze swoimi psami, kucykiem i wóżkiem, na którym wiozła swój cały dobytek. Potem dowiedzieliśmy się, że kucyk wpadł do rzeki i hiszpańskie służby wysłały helikopter, żeby go znaleźć. Udało się. Obsesyjno-kompulsywną Holenderkę, która najpierw zachwycała się, że jestem skórą zdjętą z księcia Harrego [sic!], żeby potem, pokazując na znamię na mojej ręce, wpierać mi, że to grzybica i że ona nigdy nie dotyka ścian w kabinie prysznicowej. I w ogóle innych ludzi, których spotkaliśmy po drodze: siedemdziesięcioletniego Szwajcara, który rozpoczął camino w Szwajcarii: nigdy nie spał w hostelach, zawsze pod gołym niebem, w śpiworze, gdzieś na poboczu; starszego Francuza ze swoim dwunastoletnim siostrzeńcem (ich wspólna wyprawa wyglądała na jakiś rytuał przejścia: starszy facet inicjuje młodego), Glorię, wesołą Włoszkę, z którą spotykaliśmy się na trasie parę razy i szliśmy razem kawałek drogi; Grześka z Krakowa, i sporo innych osób dosłownie z całej Europy (ale i spoza, np. samotnie wędrującą Japonkę, którą napominaliśmy, że powinna nakryć głowę, żeby nie dostała udaru). I dalej: wiatr w Pirenejach, gdzie porzuciliśmy nasz namiot. Ulice Pampeluny dwa dni po San Fermín: zaśmiecone, wydeptane, potargane. Zupełnie jakby przebiegło przez nie przed chwilą stado byków. Słońce wpadające do wnętrza katedry w Burgos. Rozległe winnice w regionie La Rioja. Gniazda bocianów na wieżach katedry w Logroño. Zaprojektowany przez Gaudiego pałac biskupi w Astordze. Mnóstwo małych, romańskich kościółków i gotyckich katedr, do których zawsze chciałem wejść, bo były takie mistyczne. I gdy pomyślałem, że ludzie wchodzili do nich przede mną przez kilka wieków, to czułem jakąś dziwną więź z ludzkością, uczucie podobne to tego, gdy słucham Kręgu życia z Króla Lwa. Moment, kiedy po kilkunastukilometrowym marszu w upale, kiedy skończyła nam się woda, dotarliśmy wreszcie do studzienki, przy której spędziliśmy trochę czasu, na zmianę pijąc i oblewając się wodą. Stada owiec przechodzące nam drogę. Źródło w Irache, z którego zamiast wody płynie wino. Hiszpańscy staruszkowie sjestujący na ławeczkach po drodze... Im dłużej wspominam, tym lista robi się dłuższa, więc poprzestanę na tym.




Przeszliśmy 750 kilometrów w 26 dni.

Jaka puenta? Że chcieć to móc. Pomysł, żeby jechać stopem przez Europę, a potem iść na piechotę prawie 750 kilometrów był trochę abstrakcyjny i wiele osób nam to odradzało. A, że nas ktoś po drodze zabije, a że nie damy rady, że to przecież ciężko, że tamto, że siamto. No i oczywiście sam się bałem, bo przecież spanie pod namiotem za stacją benzynową w Metz czy w winnicy gdzieś na południu Francji to z jednej strony przygoda, ale  w sumie wygodniej śpi się we własnym łóżku. I po co padać na twarz ze zmęczenia po przejściu 40 kilometrów z pęcherzami na stopach? No choćby po to, żeby poddać w wątpliwość to, że "nie dam rady" i nigdy więcej w to nie uwierzyć, zanim sam nie sprawdzę.






Po powrocie każdy z nas wrócił do swojego życia. Widywaliśmy się z Kacprem rzadko, ale zawsze z wielką radością. Wiedzieliśmy o sobie na tyle dużo, żeby zrozumieć, że każdy z nas żyje trochę inaczej i bez sensu robić coś razem na siłę. Ale jak myślę o wspólnej drodze, przegadanych kilometrach i przechodzonych godzinach to zawsze mi się robi ciepło za mostkiem. Po dziesięciu latach od tej Santiago zadzwoniłem do Kacpra i zapytałem: "Jedziemy w Himalaje, don?". Kacper bez chwili wahania odpowiedział tylko: "Kiedy?". Ale to już zupełnie inna historia...



10 barokowych szlagierów, które lubisz, choć jeszcze może o tym nie wiesz

Część z nich już pewnie znasz i słyszałeś_aś wiele razy: w filmie, na ślubie, w RMF Classic albo jako soundtrack w grze komputerowej. Niektóre usłyszysz pierwszy raz i polubisz. Dlaczego? Bo są chwytliwe i maja wiele wspólnego z muzyką pop. To, co dzisiaj słyszymy w radiu, zostało już kiedyś przez kogoś wymyślone i większość tych wynalazków używanych współcześnie pochodzi właśnie z XVII i XVIII wieku.

1. Jean Baptiste Lully: "Marche pour la cérémonie des Turcs" z baletu" Le bourgeois gentilhomme" (1670)


To nagranie pochodzi z genialnej ścieżki dźwiękowej do filmu Alaina Corneau "Wszystkie poranki świata", na podstawie powieści Pascala Quignarda, a maestro to Jordi Savall. Film opowiada o konflikcie między mistrzem a uczniem, między absolutną wartością sztuki a jej wymiarem rozrywkowym i czysto komercyjnym. No i oczywiście o miłości.

2. Antonio Vivaldi: Trio Sonata in D minor, RV 63 "La follia" (1705)


Tytułowa "follia", czyli szaleństwo, to bardzo stary motyw w muzyce europejskiej i wywodzi się od XV-wiecznego portugalskiego tańca. Ten motyw pojawia się tutaj w linii basu na początku i uparcie powtarza się tam przez cały utwór (tak w koło Macieju). Na nim zbudowany jest cały kawałek - czyli wariacje na temat tego motywu (to wszystkie te szaleństwa w instrumentach "na górze"). Wariacje na temat folii pisało w renesansie i baroku wielu kompozytorów - w tym Vivaldi (tak, oprócz "Czterech pór roku" napisał jeszcze całkiem sporo).

3. Jean Philippe Rameau: rondo "Forêts paisibles" z baletu "Les Indes Galantes" (1736)


Opera, z której pochodzi ten kawałek, to dopiero odjazd. Jej temat: Miłość ucieka z Europy przed bogiem wojny - Marsem. Trafia na różne kontynenty, w tym Indie i Amerykę Południową... a przypominam, że mamy XVII wiek, więc wyobrażenia o ludziach, którzy te kontynenty zamieszkują, są też XVII-wieczne... To rondo pochodzi z czwartej części, gdzie miłość odwiedza właśnie Amerykę Południową. A tutuł tej części? "Dzikusy" ... Polecam zobaczyć na YouTube różne inscenizacje.

4. Johann Pachelbel: Kanon i gigue (1680)


To jeden z hitów baroku, często parafrazowany albo cytowany w muzyce popularnej. Radosny, bo w D-dur. Na podobnym lub identycznym schemacie harmonicznym oparte są np. "Let it be" Beatlesów, "Go west" Pet Shop Boys czy "Forever young" Alphaville. A jest tego znacznie, znacznie więcej!

5. Johann Sebastian Bach: "Aria na strunie G" - z suity orkiestrowej D-dur nr 3 (1720)


Kolejny wielki hit. Nada się w sam raz na melodię do komórki :) Bach napisał tysiące lepszych i to całkiem kompletnych dzieł, ale to właśnie tę arię znają chyba wszyscy, a RMF Classic gra ją kilka razy na dzień. Pojawiła się w wielu filmach, ale też jest często cytowana w muzyce popularnej (np. w A Whiter Shade of Pale Procol Harum). Moja koleżanka, wiolonczelistka, grała kiedyś ze swoim kwartetem na ślubach. Para (mieszkająca na co dzień w Australii) uparła się, żeby na komunię zagrać "Er-dżi". Trochę jej to zajęło, żeby zrozumieć, że chodzi o "Air G String", czyli właśnie o tę arię. Raczej guilty pleasure niż uczta melomana :)

6. Henry Purcell: "Lament Dydony" z opery "Dydona i Eneasz" (1689)


Dla miłośników smutnej muzyki (do których się zaliczam). "Kiedy już mnie złożą w ziemi, niech moje błędy nie kłopoczą Twojego serca. Pamiętaj o mnie, ale zapomnij, jaki los mnie spotkał". Takimi słowami Dydona żegna Eneasza, swoją największą miłość. Zaraz potem popełnia samobójstwo na jego oczach, podczas gdy on odpływa do Italii, bo wybrał obowiązki patriotyczne nad miłość. Jest w tym spory dramatyzm i duża dawka rozpaczy dla koneserów.

Muzycznie utwór zbudowany jest na  "basie lamentującym" - bowiem w linii basu została użyta tzw. idealna czwórka - powtarzające się uporczywie cztery nuty, schodzące chromatycznie w dół. W baroku taka figura symbolizowała zawsze lament, płacz lub rozpacz.

Współczesne covery tej arii nagrali m. in. Jeff Buckley i Alison Moyet.

7. Marc-Antoine Charpentier: Preludium do "Te Deum" (1698)


Eurowizja! I nic więcej nie trzeba dodawać. No może jeszcze: "Good evening, Europe!" :)

Oczywiście to tylko preludium, a na uwagę zasługuje całe Te Deum. W wolnej chwili.

8. Georg Friedrich Händel: "Zadok the Priest", czyli Brytyjski Hymn Koronacyjny (1727)


Uwaga, patos! Od czasu swojego powstania, z okazji koronacji króla Jerzego II w 1727 roku, hymn ten wykonywany jest przed uroczystością koronacyjną każdego brytyjskiego monarchy. Również dla miłośników Ligi Mistrzów powinien brzmieć znajomo...

9. Claudio Monteverdi: "Si dolce è’l tormento" (1632)




"Tak słodkie są te męki, które czuję w mej piersi, i którymi się rozkoszuję, przez okrutną piękność." Mniej więcej tak. No ciężka sprawa. Ta piosenka, a w zasadzie czterozwrotkowa aria, mówi właśnie o cierpieniach nieodwzajemnionej miłości. No i nie brak w niej masochizmu i barokowego sznytu jednocześnie (słodkie męki, tak...). Płeć owej okrutnej piękności nie jest znana, więc można sobie śmiało interpretować na własne potrzeby. Wiadomo jednak, że ma twarde serce i wielu adoratorów oraz nie zna litości dla śpiewającego te słowa. W ostatniej zwrotce czara mu się przelewa i życzy jej podobnego cierpienia.

Claudio Monteverdi, związany z trzema włoskimi miastami, Cremoną, gdzie się urodził, Mantuą, gdzie tworzył i Wenecją, gdzie jest pochowany, jest uważany za autora pierwszej opery (Orfeusza) i napisał sporo ładnej muzyki  - między innymi parę oper, kilka ksiąg madrygałów i Nieszpory maryjne.

10. Giovanni Battista Pergolesi: "Stabat Mater" (1736)


Punkt wyjścia jest taki: Matka patrzy na śmierć syna, który został właśnie brutalnie przybity do krzyża. Dość mocne, prawda? Stabat Mater to średniowieczna sekwencja, która opisuje centralny dla chrześcijaństwa moment, a przez wiele wieków również dla całej kultury zachodniej. Niemniej, ten tekst był i jest opracowywany do dzisiaj przez kompozytorów w każdej epoce - od autorów chorałów gregoriańskich aż po Arvo Pärta czy Pendereckiego współcześnie. Jest więc tego dużo.

Ale ta wersja jest chyba jedną z najbardziej przejmujących. To najczęściej wydawany w XVIII wieku utwór i najpopularniejsze Stabat Mater trzech ostatnich stuleci. Pergolesi skomponował ten utwór w wieku 26 lat, w ciągu ostatnich tygodni życia. Wkrótce potem umarł na gruźlicę. Był bardzo obiecującym kompozytorem, niektórzy widzieli w nim geniusza, a samo Stabat Mater, mimo iż napisane pod koniec baroku, zapowiada już muzycznie następną epokę: klasycyzm.

Jeśli ktoś oglądał Dogville Von Triera to już je słyszał. Sam utwór jest dużo dłuższy - tutaj po prostu pierwsza zwrotka (a jest ich 20).


Orfeusz

Był pierwszym człowiekiem, który żywy zszedł do piekła i żywy z niego wyszedł. Jego śladem poszedł później Herakles, Wergiliusz, Jezus i Dan...